Zatrudnienie? Stabilne.
Zwolnienia? Brak.
Liczba pracujących? Ponad milion — bez większych zmian od dwóch lat.
A to wszystko podobno w „historycznie najgorszym” okresie dla branży.
Zachodzi pewne przesunięcie pracowników z większych firm do mniejszych, ale pierwsze skrzypce i tak gra demografia: mniej pracowników w najmłodszych grupach wieku, a rośnie rola pracowników 45+ (w miarę, jak do tej grupy coraz więcej roczników wyżu przełomu lat 70. i 80 dobija do tego zacnego wieku).
Twarde cięcia? W danych nie.
🟡 Dlaczego narracja o „zapaści” chwyta mocniej niż wykres o stabilności?
(I co to mówi o tym, komu ufamy bardziej: mediom czy danym?)
🟡 A może budownictwo naprawdę się kurczy a nie tylko zmienia właścicieli i geometrię grup wieku?
(I czemu tak łatwo pomylić transformację z kryzysem?)
I jak pogodzić dobre dane o zatrudnieniu ze słabszymi danymi o produkcji budowlano-montażowej? Bo może ten „kryzys” dzieje się w głowie, a nie w Excelu?
Coś nie ma wzięcia nudna stabilność. Jakoś słowo „spadek” zyskuje większy PR niż „stabilizacja”…
