Skip to main content

Kilka ostatnich tygodni, około dziesięciu rozmów, wszystkie w tym samym tonie: inflacji już nie ma, skończyła się, nie ma o czym gadać. Mają przebieg z grubsza taki.

🤠 : Inflacji już nie ma.

👻 : Serio?

🤠 : Ale patrzysz na rok do roku, a trzeba patrzeć na miesiąc do miesiąca.

👻 : Ooook, to jest 0.4% średnio za ostatnie 6 miesięcy, i tyle samo za ostatnie 3 miesiące (po odsezonowaniu). Czyli gdyby tak było przez 12 miesięcy to wychodzi na 4.9%, czyli tyle samo, co za ostatnie 12 miesięcy.

🤠 : Ej, ale bierzesz styczeń, a w styczniu zawsze wszystko drożeje, trzeba bez stycznia.

👻 : No może, ale mamy stabilizować inflację za 12 miesięcy, a nie za ulubione 11.

🤠 : A poza tym bierzesz ceny administrowane i zmiany wynikające z decyzji samorządu czy rządu wszystko zasłaniają.

👻 : Ooook, to mamy średnio prawie 0.4% m/m, co w przeliczeniu na rocznie daje ponad 4.5%.

🤠 : Tak, ale też żywność podrożała, czy tam paliwa.

👻 : Paliwa akurat nie bardzo, ale ok, to popatrzmy na wskaźnik cen bez żywności, bez energii i nawet bez cen administrowanych. Średnia z ostatnich 6 miesięcy wychodzi 0.27% m/m, czyli rocznie prawie 3.7%, a za ostatnie 3 miesiące 0.33% m/m czyli ponad 4% rocznie. A to tylko połowa wydatków polskich rodzin.

Wtedy część kolegów przyznaje, że się zagalopowała.

A część upiera, żeby z tego salami coś tam jeszcze ciachnąć, bo jak wyciachamy to jakoś dobijemy do górnego pasma odchyleń.

I to jest nawet fajne, bo *salami approach to inflation* był w USA około 1-1.5 roku temu: też analitycy i komentarzy wzywali Fed do rychłych obniżek, bo już po, pozamiatane i można zamykać stragan i iść do domu.

Czyli nadal jesteśmy 1-1.5 roku za USA.

To dobra wiadomość, bo po licznych błędach w polityce pieniężnej ten dystans mógł się zwiększyć.

I naprawdę chciałabym mieć lepsze wiadomości. Ale liczby są, jakie są…

Inna sprawa, że inflacja to proces, a nie wskaźnik. Proces, który przejawia się między innymi wysoką inflacją w usługach rynkowych. Dlaczego warto na nie patrzeć? Te ceny nie zależą od presji zagranicznej czy od popytu za granicą. Zależą wyłącznie od skłonności konsumentów w Polsce do kupowania i ich możliwości nabywczych oraz od strategii cenowych lokalnych dostawców. Mówimy o transporcie, kinach, restauracjach, czy turystyce. Długookresowe tempo wzrostu cen w tej części koszyka jest sześciokrotnie (!) niższe niż obecnie. Konsumenci mają wysoką gotowość do akceptowania podwyżek, nadal rosną płace i inne dochody. No i cały czas wysoka pozostaje częstotliwość i skala zmian cen po stronie dostawców. A to wszystko w obszarze, który całkowicie poddaje się krajowej polityce pieniężnej. I w warunkach zwiększania oszczędności przez polskie rodziny.

P.S. Kolegów, którzy odnajdują się w tym opisie uprasza się o nieobrażanie. To nie jest opowieść o żadnej jednej rozmowie, a synteza 10+ rozmów.